Jest sprawa: normy zatrudnienia pielęgniarek

W szpitalach likwidują łóżka, by sprostać nowych normom zatrudnienia pielęgniarek. Ale czy rachunki matematyczne sprawią, że w placówkach personel medyczny będzie bardziej liczny? Czy możemy być spokojni, że w przyszłości nie zabraknie pielęgniarek?

W audycji „Jest sprawa” gośćmi byli Jarosław Rosłon – dyrektor Międzyleskiego Szpitala Specjalistycznego w Warszawie oraz Krystyna Ptok – Przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.

Zapraszamy do posłuchania audycji, która jest dostępna na stronie: https://www.rdc.pl

Ma być więcej pielęgniarek na oddziałach. Szpitale mają problem

Od 1 stycznia obowiązują nowe normy zatrudnienia pielęgniarek na oddziałach szpitalnych. Weszło w życie rozporządzenie ministra zdrowia dotyczące odpowiedniej liczby pielęgniarek na określoną liczbę łóżek. W wielu szpitalach będą potrzebne dodatkowe etaty.
Według nowego rozporządzenia ministra zdrowia, na szpitalnym oddziale zachowawczym powinno być 0,6 etatu pielęgniarskiego na jedno łóżko natomiast na oddziale zabiegowym – 0,7 etatu na łóżko. Dotychczasowe rozporządzenie w tej sprawie z 2012 roku dawało dyrektorom większą dowolność w tej kwestii.

 

Wiceminister zdrowia Józefa Szczurek-Żelazko powiedziała, że odpowiednia liczba pielęgniarek na oddziałach szpitalnych to lepsza opieka nad pacjentami. Podkreśliła, że wypełnienie normy gwarantuje jakość leczenia, a w konsekwencji oszczędności dla szpitala. Chodzi o to, że dzięki większej liczbie personelu pacjenci mogą być w szpitalu krócej, mniej jest zdarzeń niepożądanych, takich jak błędy medyczne lub upadki pacjentów.

Z wyliczeń dyrektorów szpitali powiatowych wynika, że w związku ze zmianą norm zatrudnienia pielęgniarek trzeba będzie zlikwidować w 100 szpitalach 4,5 tysiąca łóżek albo zatrudnić 3,5 tysiąca pielęgniarek – powiedział Krzysztof Żochowski, dyrektor szpitala powiatowego w Garwolinie. Podkreślił, że nowe rozporządzenie ministra zdrowia zmusza ich do zatrudnienia większej liczby pielęgniarek, ale brakuje na to pieniędzy. Dodał, że na rynku pracy nie ma tylu pielęgniarek.

Więcej na stronie: https://fakty.interia.pl/

Czego w nadchodzącym roku boją się pielęgniarki?

Jaki był miniony rok dla pielęgniarek i położnych? O planach na przyszły rok, ale też obawach mówi Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

Co w Pani opinii było w mijającym roku najważniejsze dla środowiska pielęgniarek i położnych?

Gdybym miała w jednym zdaniu posumować mijający rok, to powiedziałabym, że było on wyjątkowy dla pielęgniarstwa i jego samorządu, bardzo pracowity i stresujący, ale owocny. Na przełomie 2018/2019 została przyjęta strategia dla rozwoju polskiego pielęgniarstwa i położnictwa. I to był pierwszy taki dokument, który został poważnie potraktowany przez decydentów, ministra zdrowia. Na bazie tej strategii udało nam się w ciągu pół roku dojść do porozumienia z Ministerstwem Zdrowia i podpisać 9 lipca porozumienie z ministrem zdrowia i prezesem NFZ. Oczywiście po stronie społecznej był Ogólnopolski Związek Pielęgniarek i Położnych oraz Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych. To porozumienie zawiera ważne postulaty dotyczące tego, w jakim kierunku należy działać, by polskie pielęgniarstwo i położnictwo postawić na właściwe tory.

A jakie są marzenia, co mogłoby się wydarzyć w przyszłym roku? Jakie są Pani główne cele środowiska, które Pani reprezentuje?

Mamy marzenia. Musimy odbudować zasoby pielęgniarskie. Nie da się tego zrobić w przeciągu roku. Ale, jeżeli strategia odbudowania stanu pielęgniarskiego przerodzia się już w politykę państwa, to już brzmi poważnie. Ponieważ to już nie minister zdrowia, ale rząd, wie jaki jest problem, no i musi podjąć działania ale też podjąć na nie środki. Ja bym chciała, żeby to nie było tylko na papierze, jak to bywało. Przez 20 lat było mówione, że potrzebne są zmiany systemowe, tylko że to były słowa, bo nic nie było realizowane. Chciałabym więc, aby teraz nie były to tylko puste słowa i obietnice, by to co już zostało wypracowane, postawiona diagnoza, by to leczenie było skuteczne. Zawsze się obawiam, że w jakimś niewłaściwym momencie coś zostanie przerwane i wrócimy do punktu wyjścia. Tego się boję. Dlatego jeszcze wczoraj siedzieliśmy i przeprowadzaliśmy naszą strategię na wzór polityki lekowej i właśnie jest polityka rozwoju polskiego pielęgniarstwa i położnictwa, jest to już przepracowane. Żeby to rząd przyjął i dał zielone światło do realizacji tej polityki.

Źródło: http://www.medexpress.pl/

Na podkarpaciu brakuje pielęgniarek i położnych.

Na przestrzeni ostatnich kilku lat liczba kadry medycznej na Podkarpaciu nie uległa zbyt dużym zmianom. Nieznacznie wzrosła liczba lekarzy, natomiast zmalała pielęgniarek, położnych a także dentystów.

To najnowsze dane Urzędu Statystycznego w Rzeszowie. Czytając raport dowiadujemy się, że w ubiegłym roku na Podkarpaciu pracowało 4,7 tys. lekarzy, 966 stomatologów, 12,4 tys. pielęgniarek i 1,6 tys. położnych.

Z przeliczeń urzędników wynika, że na 10 tysięcy mieszkańców przypadało 22 lekarzy. Tym samym Podkarpacie uplasowało się na 11. miejscu wspólnie z województwem dolnośląskim. Najwięcej lekarzy odnotowano w województwie łódzkim, najmniej w wielkopolskim.

- Z kolei pielęgniarek i położnych na 10 tysięcy mieszkańców Podkarpacia przypadało 65, co sytuowało je na 2. miejscu wraz z województwem lubelskim – czytamy na stronie rzeszowskiego Urzędu Statystycznego w Rzeszowie. Czytając raport dowiadujemy się, że w ubiegłym roku na Podkarpaciu pracowało 4,7 tys. lekarzy, 966 stomatologów, 12,4 tys. pielęgniarek i 1,6 tys. położnych.

Pełny artykuł dostępny na stronie: https://plus.nowiny24.pl/

Szpitale szukają pielęgniarek, a znajdują wolne łóżka

Wprowadzenie od stycznia 2019 r. wskaźników zatrudnienia pielęgniarek może doprowadzić do zwiększenia ich liczby w szpitalach albo też do redukcji łóżek, a nawet zamykania oddziałów z powodu deficytu personelu pielęgniarskiego i nie spełniania nowych norm. Każdy scenariusz jest możliwy, gdyż różne są lokalne rynki pracy, na których funkcjonują szpitale.

O ile w przypadku lekarzy sytuacja na lokalnym rynku pracy nie ma aż tak dużego znaczenia, bo lekarze to dość mobilna grupa zawodowa (a ponadto wabiona licznymi zachętami), o tyle pielęgniarki nie są tak skore do przeprowadzek z powodu zmiany miejsca pracy. Dlatego spór o to, czy MZ ma rację twierdząc, że z kadrą pielęgniarską nie powinno być problemu, bo przecież mamy w Polsce 134 tys. pielęgniarek, a do spełnienia norm potrzeba ok. 125,5 tys. jest jałowy. Ogólnopolskie statystyki niczego nie wyjaśniają.

- Z ministerialnej analizy wynika, że powinniśmy być spokojni, a tymczasem naszym zdaniem Ministerstwo popełniło błąd i te same osoby pracujące w różnych miejscach policzyło kilkakrotnie – ocenia Władysław Perchaluk, wiceprezes Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego i prezes Centrum Zdrowia w Mikołowie. Informuje nas, że do spełnienia nowych norm zatrudnienia, w niewielkim szpitalu, jakim jest Centrum Zdrowia w Mikołowie, brakuje 35,5 etatu pielęgniarskiego. – A co tu dopiero mówić o większych placówkach… – zauważa.

Zachęcać, ale czym? Dobrym słowem?
Dodaje, że głównym problemem jest niedobór pielęgniarek na rynku pracy. Dowodem na ich brak jest to, że już obecnie dyrektorzy szpitali powiatowych muszą walczyć o każdą pielęgniarkę. – System zachęt finansowych został więc już dawno temu uruchomiony, a efekt mimo wszystko jest mizerny – wskazuje Perchaluk.

Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, jest jednak przekonana, że dodatkowe gratyfikacje będą niezbędne. Jeśli pielęgniarki mają wrócić do szpitali, pracodawcy muszą zapłacić im więcej.

- Już sam dodatek włączony do podstawy spowodował, że mamy coraz więcej sygnałów o rosnącym zainteresowaniu powrotem do zawodu. Ok. 3 tys. pielęgniarek, które w ciągu sześciu ostatnich lat przez pięć lat go nie wykonywało, przeszło przeszkolenie i ponownie podjęło pracę – powiedziała niedawno Rynkowi Zdrowia.

Jak tłumaczyła prezes Małas, rezerwy należy też upatrywać w fakcie, że rocznie ok. 5 tys. pielęgniarek kończy studia i odbiera dyplom, a pracę w zawodzie podejmuje ok. 3 tys. – Należy zachęcić do tego godnym wynagrodzeniem i bezpiecznymi warunkami pracy (w tym odpowiednią liczbą pacjentów przypadających na jedną pielęgniarkę) pozostałe 2 tys. osób. Tak działa rynek pracy – jeśli brakuje pracowników, należy im coś zaoferować – przekonywała.

Pełny artykuł dostępny na stronie: http://www.rynekzdrowia.pl

Pielęgniarki dostaną wolne na dokształcanie

Sześć dni płatnego urlopu szkoleniowego otrzymają pielęgniarki i położne na mocy nowelizacji ustawy o swoim zawodzie. To realizacja porozumienia, które środowisko zawarło z ministrem zdrowia na początku lipca. Projekt wprowadzający taki zapis trafił właśnie do wykazu prac legislacyjnych rządu.

Obecnie pielęgniarki, które chcą wziąć udział np. w szkoleniach, konferencjach i kursach naukowych, muszą poświęcić na to swój urlop wypoczynkowy. Tymczasem, podobnie jak lekarze, mają obowiązek dokształcania się i aktualizowania wiedzy. Dlatego – w ocenie środowiska – tak jak lekarzom powinien im przysługiwać urlop szkoleniowy.

Taka gwarancja znalazła się w porozumieniu zawartym 9 lipca br. pomiędzy Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Pielęgniarek i Położnych i Naczelną Izbą Pielęgniarek i Położnych a Ministerstwem Zdrowia i Narodowym Funduszem Zdrowia. Zgodnie z nim takie uprawnienie ma obowiązywać od nowego roku.

Albo dyrektor zatrudni więcej pielęgniarek, albo zmniejszy liczbę łóżek

To wybór, przed którym na początku 2019 roku staną zarządzający szpitalami. Związany jest z nowymi normami zatrudnienia, zgodnie z którymi liczba pracowników ma być zależna od liczby łóżek na oddziale. Wprowadzenie wskaźników to dla dyrektorów szpitali kłopot. Przykład? Józef Kurek, prezes Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego, wyliczył, że musi zatrudnić 50 nowych pielęgniarek i będzie to kosztować 2,5 mln zł rocznie.

Wskaźniki zatrudnienia dla oddziałów o profilu zachowawczym będą wynosić 0,6 pielęgniarki na łóżko, a dla zabiegowych 0,7. – Zgodnie z pierwotnym projektem miało być zachowane vacatio legis, by szefowie placówek zdążyli się do tych zmian przygotować. Jednak na początku lipca minister zdrowia zawarł porozumienie z samorządem i związkiem zawodowym pielęgniarek, na mocy którego normy wchodzą w życie od początku 2019 r. Co więcej, od lipca 2019 r. na oddziałach dziecięcych wskaźniki będą jeszcze wyższe – 0,8 pielęgniarki na łóżko na oddziałach pediatrycznych zachowawczych i 0,9 na oddziałach pediatrycznych zabiegowych – poinformowała „Dziennik Gazeta Prawna”.

Dla zarządzających szpitalami to kłopot. I to nie tylko finansowy. Ale są dwa wyjścia.

Więcej pracowników
„Dziennik Gazeta Prawna” wyjaśniła, że w najtrudniejszej sytuacji są szpitale miejskie i powiatowe. Placówki specjalistyczne mają więcej personelu, już teraz spełniają normy albo są tego bliskie. Józef Kurek, prezes Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego, w rozmowie z „DGP”, przyznał, że będzie potrzebować 50 nowych pielęgniarek i będzie to kosztować 2,5 mln zł rocznie. W szpitalu powiatowym w Lublińcu, by wypełnić normy, dyrekcja musiałaby zatrudnić dodatkowo 40 pielęgniarek, czyli jedną trzecią obecnego składu. Koszt podobny jak w Jaworznie.

Problemy mają też szpitale w większych miastach. W warszawskim Szpitalu Wolskim pielęgniarek brakuje, szczególnie w oddziałach zabiegowych oraz internistycznych. Placówka będzie musiała zwiększyć obsadę pielęgniarską o 12 etatów, miesięczne koszty to ok. 60 tys. zł, do tego dodatki za wysługę lat i koszty dyżurów.

Pełny artykuł dostępny na stronie: https://www.termedia.pl

​Pielęgniarki nikomu niepotrzebne?

- Ile można czekać, aż ktoś przyjdzie? – mruczy pod nosem pacjent, nie rozumiejąc, że pielęgniarka w Polsce to… zawód wymarły.
Wyobraźmy sobie taką sytuację w jednym z polskich szpitali: nieliczne pozostałe na dyżurze pielęgniarki uwijają się jak w ukropie (reszta koleżanek jest na zwolnieniach lekarskich, urlopach lub strajkuje). Opiekują się i cięższymi przypadkami, i marudnymi, nieraz wulgarnymi pacjentami. – Co ty mi wkłuwasz w rękę? Spier…! – krzyczy pacjent do pielęgniarki, która próbuje założyć mu wenflon. Przy innym łóżku pielęgniarka słucha pretensji chorego, który rano dostał trzy tabletki, a teraz tylko dwie, i to w innym kolorze. – Nie wiem, to zalecenie lekarza. Proszę jego zapytać – tłumaczy łagodnie kobieta. Musi być pokorna, bo nauczono ją w szkole, że jej zawód to służba. A łatwiej naskoczyć na personel medyczny, niż obrzucić epitetami lekarza.

- Ile można czekać, aż ktoś przyjdzie? Gdzie te pielęgniarki? – mruczy pod nosem pacjent, nie rozumiejąc, że pielęgniarka w Polsce to… zawód wymarły.

Przesada? Nie, bo braki kadrowe widać w placówkach w całym kraju. W Szpitalu HCP w Poznaniu w zeszłym miesiącu na oddziale internistycznym doszło do tego, że jedna pielęgniarka miała pod opieką 60 łóżek. W normalnej sytuacji dyżur powinno pełnić czterech pielęgniarzy i czterech opiekunów medycznych. Ale to problem nie tylko interny. I nie pojawił się nagle. – Pamiętam, że zdarzała się na naszym oddziale bardzo mała obsada. Na przykład dwie pielęgniarki na siedmioro ciężko chorych dzieci podłączonych pod respirator – wspomina Małgorzata Szubstarska, która przepracowała 20 lat na dziecięcym OIOM-ie w jednym ze szpitali wojewódzkich.
Pełny artykuł dostępny na stronie: https://fakty.interia.pl